Aktualności

2019.10.07

Małżeństwo Czarneckich wygrało 7. PKO Maraton Rzeszowski!

Tego jeszcze w Rzeszowie nie grali. Maraton wygrało małżeństwo. U pań najlepsza była Lidia Czarnecka, wśród panów plecy konkurentom pokazał Rafał Czarnecki. W stolicy Podkarpacia zaliczyli pierwszy rodzinny triumf. Wspólnie stanęli na najwyższym stopniu podium jednak nie po raz pierwszy. – To prawda. Wygraliśmy wspólnie po raz czwarty, tu było nam wyjątkowo trudno. Jakieś siedem kilometrów przed metą pomyliłam trasę. Źle skręciłam i musiałam gonić Kasię Golbę. Straciłam dobre kilkaset metrów. Wydawało mi się, że już nie dam rady, ale czułam się w niedzielę dobrze i górę wzięła złość. Sportowa złość. Udało mi się dopaść rywalkę i okazałam się lepsza w końcówce. Takie zwycięstwo smakuje wyjątkowo – stwierdziła triumfatorka.

Wygrana nie przyszła łatwo także Rafałowi. – Do samego końca biegliśmy właściwie ramię w ramię z Przemkiem Dąbrowskim. Pamiętałem, że wygrał tu dwie ostatnie edycje, ale do trzeciego z rzędu zwycięstwa już nie dopuściłem. Byłem lepszy na finiszu. Pochwalę się, że to był mój czwarty maraton w odstępie zaledwie siedmiu tygodni. W trzech poprzednich byłem w czołówce. Nawet na podium, ale nie udało mi się wygrać żadnego. Teraz dopiąłem wreszcie swego. Co do pogody to nie czułem zimna. Mam wytrenowany organizm i biegło mi się całkiem dobrze. Tu w Rzeszowie nie ma mowy o rekordach życiowych. Trasa jest zbyt kręta i do tego za mocno wieje. Często w twarz. To był klasyczny bieg na miejsca, a nie na rekordy – zakończył.

Oczywiście w Rzeszowie gros uczestników wystartowało nie po to, żeby bić się o zwycięstwo lecz żeby pokonać własne słabości. Tak jak Artur Majda z Mielca. – Na co dzień zajmuję się dystrybucją win i proszę nie myśleć, że nadużywam trunku – zaczął wesoło. I opowiadał dalej: - To był mój trzeci maraton w Rzeszowie. Najgorszy czasowo, zakładałem tymczasem, że będzie najlepszy. Szykowałem się, z małymi kłopotami zdrowotnymi, bite cztery miesiące. Byłem przygotowany, żeby „złamać” trzy i pół godziny. Do mety dobiegłem prawie po czterech. Za zimno było. Pierwsza część przebiegła jak po sznurku. Nie odczuwałem chłodu. Potem jednak „odcięło” mnie na 32 kilometrze. Zaczęły się straszne skurcze. Myślałem, żeby zejść z trasy. Dotrwałem do końca resztką sił. Strasznie się umordowałem – podsumował.

Do pogodowych warunków odniósł się też dyrektor imprezy Mirosław Wierzbicki. – To był zdecydowanie najzimniejszy maraton ze wszystkich dotychczasowych. Przełożyło się to na frekwencję. Co najmniej 15% uczestników zrezygnowało ze startu, drugie tyle zeszło z trasy. Przenikliwe zimno powodowało skurcze zwłaszcza podczas drugiej części dystansu. Na szczęście ziąb nie przełożył się na liczbę sztafet, które pobiegły w niedzielę po rzeszowskich ulicach. Zameldowało się ich na linii startu aż 62, to nasz nowy rekord, który pewnie przerwa tylko do kolejnej edycji. Mam nadzieję, że nie będzie tak przeraźliwie zimna – zakończył.

My kończymy relację podziękowaniami dla wszystkich, którzy przypięli do koszulek kartkę z napisem „Biegnę dla Mateusza”. W ten sposób wsparli leczenie chorego na chłoniaka nastolatka zakochanego w sporcie. Były piłkarz i karateka ma szansę na pełny powrót do zdrowia także dzięki finansowemu wsparciu Fundacji PKO Banku Polskiego.

Krzysztof Łoniewski